Chińskie słodycze

Od mojego powrotu z Pekinu minęło już trochę czasu, a nadal nie podzieliłam się z Wami wrażeniami po degustacji przywiezionych słodyczy. Pora nadrobić to zaniedbanie!

Zacznijmy od krótkiego przeglądu. W moich słodkich zbiorach znalazły się różne rodzaje cukierków. Jedne z nich znałam już wcześniej, ale pozostałe kupiłam, nie wiedząc, czego się spodziewać. Wybrałam też trzy rodzaje ciastek.

Pokażę Wam najpierw cukierki, które miłym zbiegiem okoliczności miałam okazję poznać już wcześniej w Polce. To małe mleczne kulki, skrywające małą porcję nadzienia. Nadzienie występuje oczywiście w wielu różnych smakach. Ja kupiłam cukierki z nadzieniem z orzeszków ziemnych, arbuza i ananasa.

Producent to HaoLiYuan Food, o którym niestety próżno szukać informacji w internecie. Za to cukierki można kupić na Amazonie – jeśli chcecie ich spróbować, nie musicie lecieć do Chin 😉
Cukierki są smaczne, bardzo mleczne, na początku twarde, ale potem zmieniają się w smaczne “żujki”. Warianty smakowe są ciekawe i dobrze komponują się z delikatnym mlecznym smakiem.

Kolejna słodka pamiątka to cukierki z longana od firmy Jingte.

Cukierki skusiły mnie swoim opakowaniem (bo jak inaczej zrobić zakupy, gdy nie znamy lokalnego języka, a sprzedawca odmawia współpracy po angielsku?). Okazały się być miłym zaskoczeniem. W środku skrywa się mała żelka o przyjemnym, lekko karmelowym smaku i ciekawym zapachu longana. Zdecydowanie dobry zakup 🙂

Pora teraz na słodkości od jednej z bardziej znanych firm w chińskim przemyśle spożywczym – Guan Sheng Yuan Food. Ich cukierki White Rabbit doczekały się nawet własnej strony na Wikipedii.

Cukierki z białym króliczkiem są podobne do naszych rodzimych “irysów” (pamiętacie? :)) Co ciekawe, są owinięte w cienką warstwę papieru ryżowego. Nieświadoma tej ciekawostki, najpierw chciałam je z niego odpakować, po czym zdesperowana postanowiłam sprawdzić, czy da się tę dziwną folię odgryźć zębami 😉 I wtedy właśnie przyszło olśnienie – “folia” po prostu rozpuściła się w ustach!

Z tymi cukierkami wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia. W Chinach były one reklamowane hasłem: “Siedem cukierków White Rabbit to odpowiednik szklanki mleka” i w związku z tym były sprzedawane nie jako słodycze, ale jako produkty odżywcze, które dodatkowo są słodyczami. Podobno swego czasu kreatywni studenci traktowali ten slogan zupełnie poważnie i w kuchniach akademików rozpuszczali cukierki w gorącej wodzie, by uzyskać ciepłe mleko.

Na historii słodkiego białego królika cieniem położyły się jednak wydarzenia sprzed nieco ponad dziesięciu lat. W 2007 roku kilka krajów, do których cukierki były eksportowane, wykryło ich skażenie formaldehydem. Choć początkowo producent odpierał zarzuty rynku filipińskiego, obarczając winą lokalne podróbki swojego produktu, które były popularne w tym kraju, to jednak kolejne zgłoszenia o zanieczyszczeniu, płynące z Indonezji, pogorszyły sytuację.
Minął zaledwie rok od tych wydarzeń, a królik ponownie stał się przedmiotem zainteresowania instytucji dbających o bezpieczeństwo żywności – w cukierkach wykryto skażenie melaminą. Ta informacja szerokim echem odbiła się w wielu krajach – również w Stanach Zjednoczonych. Eksport cukierków został wstrzymany.
Królik powrócił na rynek w 2009 roku, jednak – choć nadal jest jednym z bardziej popularnych chińskich produktów – wytwarzany jest dziś z mleka importowanego z Nowej Zelandii.

Pozostaje mi tylko wierzyć, że moje zapasy białych królików są całkowicie bezpieczne.

Pora jednak przejść do dalszej części degustacji. Po drobnych cukierkowych przystawkach, czas na deserowe danie główne – ciastka! Przywiozłam trzy rodzaje:

Zaczęłam od tych najbardziej niepozornych 🙂

Próbując poradzić się internetowego tłumacza w kwestii opisu produktu i jego składu, dowiedziałam się, że jest to… smoothie. Cóż, internet też czasem jest zawodny. Nie wiem więc, jak producent zaklasyfikował swój produkt, ale udało mi się przynajmniej częściowo sprawdzić jego skład. Co więc znajdziemy w tym skromnym ciasteczku? Jego głównym składnikiem jest słodka mleczno-maślana pasta z białej fasoli. Brzmi dość dobrze. A smakuje jeszcze lepiej! Nadzienie ciasteczka jest kremowe i mleczno-śmietankowe. Otaczają je cieniutkie warstwy bardzo delikatnego, listkującego się ciasta, przypominającego ciasto francuskie (ale zdecydowanie cieńszego i bardziej kruchego, za to mniej tłustego). Ciasteczko nie jest zbyt słodkie – to duży plus dla wszystkich azjatyckich słodyczy.

Kolejne ciasteczko wygląda bardzo niewinnie i przypomina zwykłe kruche ciastko z marmoladowym nadzieniem.

Rzeczywiście – to kruche ciasteczko z dodatkiem marmolady owocowej, ale jej głównym składnikiem jest owoc głogu. Głóg to jedno z moich ulubionych drzew (tak pięknie kwitnie!), ale nie spotkałam się dotąd z kulinarnym zastosowaniem (poza naparami) jego owoców. Co więcej, w ciastku znajdziemy jeszcze dwa nietypowe z naszego punktu widzenia składniki – miąższ melona i kwiaty osmantusa. Ten ostatni składnik daje ciasteczku piękny, kwiatowy zapach. To całkowicie niepozorne ciastko okazało się być prawdziwym odkryciem. Bogactwo roślinnych smaków zdecydowanie mnie przekonuje.

To jednak nie koniec słodkiej degustacji – moja ostatnia zdobycz to ciasteczka, które zwróciły moją uwagę… opakowaniem. Uroczy królik z wąsikiem, ubrany w sukienkę, przyciągnął mój wzrok i zachęcił do wypróbowania swoich ciastek. Króliczy motyw jest obecny na zewnątrz i wewnątrz opakowania. Urzekły mnie zwłaszcza uszy, które zwracają na siebie uwagę po otwarciu pudełka.

Tak prezentuje się królik i jego ciasteczko.

Największe nadzieje wiązałam właśnie z tymi zielonymi ciasteczkami. Wygląd, skład i obietnica chrupkości sprawiły, że te ciasteczka kupiłam też w ramach słodkich prezentów dla znajomych.
Rzeczywiście wygląd jest ciekawy – przypomina małe jajko. Chrupkość zewnętrznej skorupki również przywodzi na myśl jajko – od razu przyszedł mi na myśl mały zielony dinuś, wykluwający się z niego 😉 Wizualnie to naprawdę ciekawa pozycja – zupełnie inna od dwóch poprzednich klasycznego rodzaju ciastek.
Skład ciastka to w głównej mierze zielona herbata (skorupka i wnętrze) i czarny sezam. Brzmi świetnie, prawda? Jednak smak był dla mnie dość dużym zawodem. Ciastko jest suche, dość “mączne” i mdłe. Smak czarnego sezamu jest niewyczuwalny. Spodziewałam się, że moje kubki smakowe będą pozytywnie zaskoczone, a tymczasem musiałam szybko dostarczyć im innych wrażeń smakowych, by zapomniały o tym mącznym doświadczeniu. Tak, miałam wrażenie, że zjadam zieloną mąkę i nie chcę próbować ponownie. Szkoda, bo chrupiąca zielona kulka to naprawdę ciekawy, inny pomysł. Tym razem niestety wygląd nie idzie jednak w parze ze smakiem. A może to ja nie jestem gotowa na takie doświadczenia?

Z mojej degustacji najlepiej zapamiętam ciasteczka z głogiem. Lubię roślinne smaki i nowe połączenia smakowe. Dodatek melona i osmantusa dawał wspaniały, pachnący efekt i chętnie kupiłabym te ciasteczka ponownie. Ale to już przy okazji kolejnej wizyty w Chinach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *